opowiadania erotyczne
opowiadania erotyczne
Home * Wykup abonament * Skontaktuj się *
opowiadania erotyczne, fantazje erotyczne erotyczne opowiadania, fantazje erotyczne
osób online: 1
1908 opowiadań w serwisie
OPOWIADANIA EROTYCZNE - najwyżej oceniane / najnowsze / najrzadziej oceniane | Dodaj opowiadanie
.
opowiadania erotyczne, fantazje erotyczne

4000 zniżek do restauracji, pizzerii i barów

Bezpłatna aplikacja mobilna grupująca zniżki, promocje, kupony rabatowe, oferty lunchowe i happy hours dostępne w lokalach gastronomicznych, restauracjach, pubach i kawiarniach na terenie całej Polski.

http://bistroclub.pl
 Dzieci i ryby dupy nie dają?
Chcesz przejść do konkretów? Poszukaj przerwy w tekście i tam zacznij "lekturę".

Mój ojciec od zawsze był pasjonatem wędkarstwa. By zaspokoić naturalne instynkty wielkiego łowczego jeździł nad jeziora, rzeki, czy inne zbiorniki wodne. Jego hobby stało się dla niego tak oczywiste jak dla ryby to, iż unosząca się w toni wodnej dżdżownica, podpięta pod coś ostrego i błyszczącego, to jak najbardziej normalna sytuacja.
Któregoś pięknego poranka przeglądał gazetę wędkarską próbując jednocześnie zapomnieć o dokuczających hemoroidach. Naprawdę, dziwnym jest fakt, iż producenci składanych krzesełek dla wędkarzy, wiedząc, że ci ostatni spędzają na moczeniu kija więcej czasu niż przy skrobaniu łusek ryb kupionych prowizorycznie u pana Józka z rybnego, nie produkują siedzisk mniej hemoroidogennych. We wspomnianej gazecie tata zobaczył ogłoszenie, które nawoływało ludzi do wypraw morskich na dorsza i to za naprawdę niewielkie pieniądze. Jeszcze tego samego dnia zorganizował domową imprezę dla swoich równie nawiedzonych znajomych, by zwerbować kilku chętnych na tą wielce obiecującą wyprawę. Ci bardziej przewidujący stanowczo odmówili. Pamiętali jeszcze ostatnią tego typu przygodę kiedy to wypatroszono nie tylko sporo nie pełno wymiarowych rybek oraz puszek z piwem, ale również kapitana jachtu, który stojąc za długo w pełnym słońcu dostał udaru mózgu i wpadł w atak epilepsji. Winni, czyt. najbardziej znieczuleni alkoholem, tłumaczyli się tym, iż, jak to tradycja nakazuje, patroszyli wszystko co podrygiwało na łajbie...
Skoro nie każdy się zdecydował, ojciec zapchał powstałą dziurę kadrową moją skromną osobą – swoim 17-letnim synem, który z wędkarstwem miał tyle wspólnego co paczka gwoździ z inteligencją. Zgodziłem się na wyjazd. Liczyłem na to, iż wyprawa ta stanowić będzie nie lada wyzwanie dla głównie niepełnego zawodowego wykształcenia przyjaciół mojego taty. A tym razem zabierali ze sobą naprawdę ostre noże. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jakich cudów można za ich pomocą dokonywać, zwłaszcza jeśli dodatkowo dysponuje się haczykami na półtora metrowe ryby i galopującą martwicą komórek mózgu.
Mistrz Przewodni Bractwa Niepełnosprytnych, czyli mój ojciec, załatwił wszelkie formalności związane z misją samobójczą i już następnego dnia wyruszyliśmy nad nasze piękne morze. Jazda minęłaby całkiem przyjemnie, gdyby nie fakt, że busem podróżowało 8 chłopa, a 4 z 9 miejsc było zajęte przez piwo no i pana Mietka, który już na dzień dobry przejechał sobie busem po nodze próbując go wycofać z przydomowego podjazdu.
Lżejsi o dwie skrzynki piwa i pana Mietka, którego zostawiliśmy w szpitalu po tym, jak próbował wycofać busa ze stacji benzynowej i przejechał sobie po drugiej nodze, dotarliśmy do naszego miejsca docelowego. Mieścina turystyczna-wypoczynkowa jak każda inna – turystów w cholerę, wypoczynku brak. Co młodsi przyjezdni uważają, że wypoczynek to jakaś pradawna istota, której nikt tak naprawdę nad polskim morzem jeszcze nie widział. Coś jak Yeti tylko dłuższa z nazwy.
Jako, iż dysponowaliśmy dużą ilością wolnego czasu postanowiliśmy go pożytecznie wykorzystać. Po wspólnym zwiedzeniu co ciekawszych polodowcowych głazów narzutowych nasze drogi się rozdzieliły. Tata z ekipą zawędrowali pod zabytkowy dystrybutor z piwem, mnie nogi poniosły w stronę portu i pobliskich plaż. Mój wzrok tylko chwilowo zatrzymał się na kutrze, który miał nam zapewnić tyle niezapomnianych wrażeń. Typowy – z rufą, burtami i dziobem. Chyba się łudziłem wmawiając sobie, że farba odchodząca wielkimi płatami i powiewająca majestatycznie na bokach łajby miała pełnić funkcje dodatkowego żagla, tudzież kamuflażu pozwalającego wtopić się w krajobraz glonów na mieliźnie. Bardziej interesowała mnie fauna wylegująca się nieopodal na plaży. Bynajmniej nie mówię tu o małżach, aczkolwiek niektóre starsze kobiety były pewnie tej przynależności systematycznej. Czego tu nie było. Blondynki, brunetki, szatynki, jedna łącząca wszystkie te style- punkówa. Każda kolejna skąpiej ubrana, dla optymisty bardziej rozebrana. W tej jednej chwili poczułem „jak na kostkę lodu działa hutniczy piec. Te piersi, te uda i te inne cuda, aż trudno na jednym zatrzymać wzrok”. Przyjezdne i miejscowe. Wszystkie równie nagrzane i chętne. Jaka szkoda, że nie ma na to czasu. Kulka temu kto stwierdził, że na wszystko przychodzi czas. U mnie najwyraźniej „czas” dopiero zaczął wiązać sznurowadła w butach, ewentualnie „wszystko” jest bardzo daleko.
Pora była wracać do motelu. Nie miało sensu tracić sił na nocne życie. W końcu rano trzeba wcześnie wstać, by zrobić pobudkę niczego nie spodziewającym się rybkom. Perspektywa babrania się w ich szczątkach nie nastrajała mnie pozytywnie, ale pamiętałem o ostrych nożach i interesujących zdolnościach manualnych jednopalcego Witka, obecnego mistrza świata w rachowaniu na palcach na czas. Przed oddaniem się w objęcia Morfeusza poczekałem, aż ostatni ożyrok z naszej ekspedycji ichtiologicznej wespnie się po rynnie do pokoju motelowego. Ów genialny pomysł podsunął im mój ojciec – jedyny po studiach – twierdząc, iż nie ma sensu przemykać się obok recepcjonisty, bo ten będzie chciał sprawdzić ich legitymacje studenckie i poznać cel wizyty, a żaden z nich nie był na tyle trzeźwy by sobie go przypomnieć.
Wstałem o 4.00, gdyż szumiące topole i wiejący wiatr nie pozwalały mi spać. A może to z powodu dziwnych odgłosów jakie wydawało powietrze ratujące się ucieczką z piekielnych czeluści pana Erniego poprzez nos zarośnięty włosiem? Przeszedłem się do portu z cichą nadzieją, że nasz kuter postanowił pozwiedzać dno przystani. Próżno się łudziłem – był tylko przestawiony o kilka metrów dalej. Chociaż jedna dobra wiadomość: to coś potrafi pływać, ewentualnie podskoczyć i poczekać, aż się Ziemia trochę przesunie.
Nie mając tu nic więcej do roboty wybrałem się do centrum. Po drodze minąłem piekarnię, najwyraźniej czynną biorąc pod uwagę piękne zapachy wydobywające się spod drzwi. Nie namyślają się długo przekroczyłem próg.
Momentalnie ścięło mnie z nóg. Nie z powodu piekarza, który wyrabiał ciasto z kipą w gębie, ale na widok tej piękności robiącej zakupy. Niewiele niższa ode mnie, blondyna w moim wieku, w pełni już ukształtowana na co wskazywał pokaźny biust oraz wdzięcznie zaokrąglone biodra. Jasno-niebieskie getry podkreślały jej wspaniałą sylwetkę, a krótki, żółty top nawiązywał do koloru jej oczu, nie zbezczeszczonych nazbyt grubą kreską kredki. Mój wzrok, niczym promień świetlny niepewny swej prostoty, zaginał się na jej kształtach, nie oszczędzając nawet pięknej kostki u nogi opatrzonej niewielkim tatuażem w kształcie motyla. W jej wypadku to mógł być tylko Monarcha lub prędzej Monarchini. Pomyślałem, że dla takiej Heleny warto by było zgrabić jeszcze jedną Troję, ewentualnie jakąś większą dzielnicę Warszawy, bo jej mieszkańcy pewniej by się złapali na drewnianego konia. Wyobraziłem ją sobie w trzcinowej spódniczce, jednocześnie uruchamiając w mych oczach kosiarkę do trawy.
Otrząsając się z chwilowego odrętwienia powiedziałem:
-Dzi..., dzień dobry.
-Dzień dobry – usłyszałem jednocześnie dwa głosy. Jeden z nich, brzmiący niczym kątówka z wybitym łożyskiem, należał do ekspedientki. Drugi – słodki, opanowany jak Ray Charles za kierownicą Maybacha – do mojej lubej.
Gdyby moje rozmyślania na temat pięknej nieznajomej trwały tak długo jak się je czyta wzięto by mnie pewno za złodzieja stojącego z głupim wyrazem twarzy przy drzwiach i obmyślającego swój następny krok. Dlatego nie dając okazji do utwierdzenia ich w przekonaniu, iż mają do czynienia z naprawdę tępym bandziorem rabującego sklep z jeszcze niewielkim, rannym utargiem zbliżyłem się do lady.
-Co dla pana? – uśmiechnęła się bezzębnie ekspedientka. Wykazując się swoimi zdolnościami lingwistycznymi odpowiedziałem:
-Yyyy... ja na razie nie wiem, jestem tutaj pierwszy raz i po prostu nie wiem co wziąć, a coś bym chyba zjadł, na razie zobaczę co jest... - brakowało tylko Amen. Nie moja wina, iż obecność nieznajomej rozstrajało mnie niczym Laxigen jelita. Nie udało mi się wywrzeć gorszego wrażenia tylko dlatego, że piękność opuściła piekarnię wdzięcznie kręcąc kuperkiem.
-Może coś z pieczywa chrupkiego? – wyrwała mnie sprzedawczyni z kontemplacji wzrokowej.
-Niech będzie kołaczyk i krepel.
-?.
No tak. Jesteśmy w krainie barbarzyńców, którzy nie tylko doprowadzili do wyginięcia wypoczynków, ale również utracili po części ludzką mowę. Rychło więc się poprawiłem:
-Słodkąą drożdżówkęę i pączek, proszęę. – widać ta prosta nowomowa poskutkowała, bo dostałem to co chciałem, a nie po łbie za krepla. Nie czekając na resztę wybiegłem pospiesznie ze sklepu mając nadzieję zawiesić jeszcze raz wzrok na tym ateńskim pięknie. Najwyraźniej spieszyło się jej bardzo skoro dojrzałem jedynie pustą ulicę, rodem z westernu (brakowało jedynie krzaczka pędzącego na oślep). No nic. Ślepej kurze i drugie ziarno się trafi jeśli wpadnie dziobem do koryta. Ale na burdel jestem za młody, pomyślałem.
Zrezygnowany wróciłem do motelu. Większość ekipy była już na nogach. Ci bardziej marudni próbowali jeszcze rozwiązywać supły na własnych kończynach. W końcu spali we dwóch na jednym łóżku. Po spakowaniu własnych manatków i prowizorycznym strzeleniu sobie klina przez dorosłych wybraliśmy się nad przystań. Przy nadbrzeżu czekał już na nas, odurzający w swej brzydocie, kuter marki „Rzęch”, którego ostatnia renowacja ograniczyła się pewnie do starcia z pokładu co większych mewich odchodów. Widać na ojcu nie zrobił większego wrażenia bowiem raźnym krokiem wprowadził nas na pomost, gdzie u szczytu czekał na nas Kapitan Jack w wersji soft, jako że przepaskę na oku zastąpił wielką blizną na policzku a papugę na ramieniu plamą po obiedzie. To jeden z tych, któremu sekstans źle się kojarzy. Przywitał nas tubalnym głosem i zaprosił w swoje skromne progi prosząc jednocześnie, by nie zapierać się o nie zbyt mocno, gdyż mogą nity puścić. Nie zrażeni jego słowami zrzuciliśmy wszystkie manatki pod nogi. Do podciągnięcia cumy mieliśmy jeszcze kilkadziesiąt minut, więc postanowiłem wykorzystać ten czas myszkując po kutrze. Jako, że na pokładzie nie było nic ciekawego, oprócz Jednopalcego Witka pokazującego sztuczki karciane, wybrałem się pod pokład. Kroki swe skierowałem do pierwszej z brzegu kajuty, gdyż wydawało mi się, że dobiegają stamtąd głosy. Uchyliłem lekko drzwi tak, by dojrzeć jakiegoś starego dziadka. Starego to mało powiedziane. Wydawało się, iż na każdej jednej zmarszczce twarzy wyrastała jeszcze jedna, a obie były podparte kolejną. Najpewniej był on tym, który wyrzucił do śmietnika ogryzek pozostawiony w Raju przez Adama i Ewę. Opowiadał on suchym głosem jakąś historię słuchaczowi, którego nie byłem w stanie dojrzeć:
-Noż mówię ci, że tak było. Do 1947 miałem nawet na to świadków, świeć Panie nad ich duszą. Sam jeden zrobiłem większy rozpiździel niż nie jeden oddział Szwabów. Cóż zrobić skoro się było takim jurnym, a się o tym nawet nie wiedziało. No, ale wygrałem przy temu w pizdu kasy. Płynął wtedy na nas ten U-bot, w cholerę agresywny, bo wypuścił na nas torpedę, tak jakby nie mogli nas przywitać na swoim terytorium morskim uściskiem dłoni. No to kapitan rozmawia do mnie: „Bosmanie, zejdźcie z łaski swojej pod pokład i poinformujcie ludzi, że mają się przygotować na uderzenie za 2 min. Tylko zróbcie to z wyczuciem”. Spuściłżech się do mesy okrętowej i wołam wszystkich chłopaków. A jako, że ze mnie git chłop, a łebski przy tym, że hej, tak mówię: „Panowie i ty kuchciku. Założę się z wami, że jak dupna fajfusem w ten taboret na środku mesy to okręt pęknie na pół”. Zwietrzyły hieny łatwy zarobek, to dawaj, wyciągają kasę. A ja na to: „Dobra. Zakład stoi tylko załóżcie kapoki, co się przy tym nie potopicie”. Tak też, męty jedne, zrobili. Podszedłżech do taboretu, wyciągnołżech fujarę, podziwoł na zegarek i pierdyknoł pytonem w stołek. Jak nie zatrzęsło statkiem, jak nie rzuciło nas na kolana, jak nie podtopiło w wodzie... Okręt przełamany na pół poszedł na dno, ale wielu przeżyło. Unoszę się spokojnie na wodzie wpatrując się z rozmarzeniem w chmurki, aż tu nagle podpływa do mnie kapitan. Przerażony jak wtedy kiedy się dowiedział od majtka, że Ziemia nie jest płaska. Krztusi się wodą zadając mi pytanie: „Bosmanie, co to było? Przecież torpeda minęła nas za rufą”...
Więcej nie słyszałem. Ktoś gramolił się pod pokład, więc musiałem opuścić moje stanowisko obserwacyjne. Myszkowałem jeszcze trochę między mało interesującymi skrzynkami pełnymi przynęty, zawędrowałem nawet do maszynowni, w której naprawdę był silnik, a nie murzyn na rowerze. O ile z bambusem mógłbym trochę pogadać o bananach, o tyle nad stanem silnika jedynie się poużalać, więc wróciłem na górę.
Akurat przygotowywaliśmy się do wypłynięcia. Tata i znajomi zajęli strategiczne miejsca między rozstawionymi już wędkami a kistami piwa nie mogąc się doczekać korzystania z jednego i drugiego. Nie pozostało mi nic innego jak usiąść na stercie lin i obserwować.
Obserwacje skończyły się na stwierdzeniu taty, że to co właśnie wyrzygałem do morza to tylko wątróbka z wczorajszej kolacji. Tak źle dawno się nie czułem. Już po 10 minutach bujania w górę i w dół miałem całej wyprawy serdecznie dosyć. Po kolejnym wywróceniu żołądka na lewą stronę postanowiłem schować się przed rozbawionymi spojrzeniami całej załogi. Doczołgałem się jakoś pod pokład, tropem węża dopełzłem do pustej teraz kajuty dziadka marynarza i w ekwilibrystyczny sposób poległem na koji. Zasnąłem.
Przerwę w moim zbolałym śnie miałem tylko raz. Obudził mnie skrzypiący dźwięk otwieranych drzwi do kajuty. Nie mając sił, tym bardziej ochoty, by podnieść powieki nasłuchiwałem. Ktoś położył większe naczynie na szafeczce, a sam usiadł na zajmowanym przeze mnie łóżku. Usłyszałem dźwięk jaki towarzyszy wykręcaniu ręcznika z wody i na swoim zbolałym czole poczułem wilgotny okład. Dziękuję ci kimkolwiek jesteś, pomyślałem. Odprężony znów zasnąłem.
Obudziłem się w przedziale czasowo nieokreślonym. Czułem się już o niebo lepiej dlatego postanowiłem dostarczyć trochę światła moim zbolałym oczom. To co się im ukazało przeszło ich najśmielsze wyobrażenia. Cały sufit wytapetowany był wycinkami zdjęć nagich kobiet z pism dla dorosłych. Praktycznie nie można było uświadczyć na modelkach skrawka materiału. Tylko niektóre były na tyle nieśmiałe, że zakrywały czarną skórą takie rejony ciała jak nadgarstek lub staw skokowy. Nie mogąc zrozumieć w jaki sposób można tak wydatnie eksponować ważne artystycznie elementy ciała doszedłem do wniosku, iż musiały one pobierać lekcje dziwnych pozycji u cyrkowego człowieka gumy (a może na odwrót). Przy takich kobietach nie tylko zegarek staje.
Powiedzmy, że właściciel kajuty ma gust. Dodatkowo pęcherze na dłoniach, gdyż ciężko jest tu spokojnie trzymać rączki na kołderce. Może dlatego nie ma tu kołderki. Pozwala to na podjęcie szybkiej decyzji co do efektywnego zagospodarowania następnych 15 minut.
Przeglądając co ciekawsze akty nie zauważyłem, że ktoś cichaczem wślizgnął się do środka. Uwagę moją zwrócił dopiero fakt, iż w kajucie zrobiło się odrobinę ciemniej. Odwróciłem głowę w stronę świetlika... i oniemiałem.
-Cztery plomby.
-???
-Masz 4 plomby na dole. Gdybym kucnęła to policzyłabym jeszcze te na górze tak rozdziawiasz gębę. Ducha zobaczyłeś, czy co?
Anioła, nie ducha. Przecież to była moja piękna nieznajoma z piekarni. Mając za sobą uchylony świetlik wyglądała doprawdy jak anioł. Jej podkreślone przez światło południa gibkości skutecznie konkurowały z rozwiewanymi na boki blond włosami. Aż chciało się poczekać na moment, w którym zrobi dwa kroki do przodu nie poruszając nogami. Póki co stała przede mną, figlarnie się uśmiechając.
-Przepraszam – wybąkałem – nie zauważyłem cię.
-Nie dziwię ci się. Miałeś ważniejsze sprawy na głowie, a raczej nad głową.
Chyba zauważyła jak szybko się zaczerwieniłem bowiem zostawiła tą sprawę w spokoju.
-Jestem Marta. A ty pewnie Paweł. Wiem, bo pytałam twojego taty. Fajny. Wie nawet jak wyciągnąć haczyk z języka swojego kumpla. Wprawdzie kumpel ma teraz język rozpołowiony, ale odtąd będzie mógł nim czyścić zęby z obu stron szczęki naraz.
-Przepraszam za ojca i jego znajomych. Po piwie tracą głowę. Właściwie na trzeźwo zachowują się podobnie, ale na rauszu mogę ich zawsze jakoś usprawiedliwić.
-Nie szkodzi, chcą się wyszaleć jak każdy samiec. Ty też musiałeś się nieźle bawić wisząc na relingu głową bliżej morza niż nogami pokładu.
-Widziałaś? – żałośnie zapytałem - Pierwszy raz jestem na morzu. Mój żołądek też, a jego zawartość przegłosowała chęć pooglądania linii horyzontu. A po tym jak się czułem sądzę, że to nie były demokratyczne wybory. Chyba wątróbka za mocno lobbowała.
-Ja nigdy tak nie reagowałam. Pewnie mam żeglugę we krwi. Mój tata jest kapitanem tego statku...
Jakoś mi związek krewniaczy w tym wypadku nie pasował. Ich stopień pokrewieństwa słuszniej oddawałoby słowo „adopcja”. No ale Tarzan wśród małp też się uchował.
-...Sama pełnię tu funkcje mało wyszukane, na przykład sprzątam po tych co naświnili – mówiąc to spojrzała na mnie wymownie.
-Przepraszam, to już się nie powtórzy. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo czuję się już lepiej.
-To dlatego, że się tobą opiekowałam przez ostatnie godziny. To też należy do moich obowiązków.
-To byłaś ty? Jestem ci wdzięczny. Po tych okładach od razu mi ulżyło.
-Cała przyjemność po mojej stronie. Lubię zajmować się takimi przystojniakami – powiedziała zalotnie.
Znów mnie zatkało. Czas odwiedzić pulmunologa.
Nastała cisza, która z niezręczności zaczęła się chować po kątach. Widać znalazła gdzieś ujście bowiem usłyszałem:
-Mogę usiąść? Nogi mnie bolą.
Jedyne dostępne miejsce siedząco-leżące zajmowałem ja. Zgiąłem nogi wpół robiąc trochę wolnej przestrzeni na łóżku i zachęciłem gestem Martę. Typowo po ludzku zrobiła parę kroków w moim kierunku i zgrabnie usiadła zapierając się łokciem o moje nogi. Z tej odległości zrobiła się jeszcze bardziej ponętna, tym bardziej, że lekko nachylając się pozwoliła mi na ukradkowe rzucanie spojrzeń za jej dekolt. Aby nie zacząć się ślinić musiałem pomyśleć o mojej 60-letniej nauczycielce języka polskiego, która swoją nadwagę traktowała niczym pierwsze dziecko.
-Czyja to jest kajuta? – zagaiłem.
-Aaa, Starego Noego. Może go widziałeś. Często przebywam w jego obecności, ktoś go stale musi pilnować, bo mu pamięć szwankuje. Ale niezły z niego marynarz, a poza tym niesamowity bajkopisarz. Powinieneś go czasem posłuchać.
Ha. To już wiem komu opowiadał takie zberezieństwa wtedy, kiedy podsłuchiwałem. Dziwne, że nie wybiegła zgorszona z kajuty.
-I ma też szczególne, jak na swój wiek, upodobania – powiedziałem wskazując palcem na sufit.
-On też ma swoje potrzeby – zauważyła nie odrywając ode mnie wzroku. A szkoda. Mógłbym wtedy dojrzeć coś więcej pod jej bluzką. – A co. Na tobie nie robią wrażenia?
-No wiesz. Robią i to całkiem duże. Ale nie chciałem się zbyt nachalnie w nie wpatrywać kiedy jesteś przy mnie.
-Miło z twojej strony. Dlatego wolałeś zawiesić wzrok na moich cyckach?
-Eee, nie chciałem? – wolałem zapytać. A na pewno wolałem się teraz nie pocić.
-Chciałeś, nie chciałeś, zostawiam cię z twoimi paniusiami... z wyższych sfer – to wyszczekawszy opuściła pośpiesznie pokoik. Nie miałem czasu jej nawet przeprosić. Niemożliwe jak szybko zmienił się jej nastrój. Mógłbym powiedzieć, że baby są dziwne. Ale wtedy zabrakłoby mi określenia na pancerniki i leniwce.
Nie zdążyłem dokładnie przemyśleć sprawy, kiedy Marta wpadła z powrotem do kajuty. Rozdrażnienie malowało się na jej twarzy niczym mozaika kubistyczna na ścianie kościoła przeznaczonego do rozbiórki..
-Dobra! Które robią na tobie takie wielkie wrażenie? – wysyczała. Teraz przyznaję – baby byłyby jak krzyżówka pancernika z leniwcem, gdyby tylko pancerniki potrafiły wdrapać się na drzewo.
-No wiesz. Ta z brzegu jest niezła – potulnie pokazałem palcem – No i ta na motorze. Albo ta co leży, z trójkącikiem między nogami. I ta odwrócona. A ta z palcami w...






Nie dokończyłem, gdyż usta zamknął mi namiętny pocałunek. Początkowo zamurowało mnie, ale że żadna przyjemność całować ścianę odwzajemniłem pocałunek. Trwało to z 15 sekund, a przez ten czas świat wirował mi wokół głowy. Kiedy się odkleiliśmy zapytałem, prawie pojednawczo:
-Co cię napadło?
-Jak to co? Rozprawiasz mi tu o zgrabnych cipeczkach, kiedy najładniejsza siedzi ci u stóp.
Musiałem się zgodzić z jej tokiem myślenia. W takim wypadku zamiana gołębia na dachu na wróbla w garści musiała się każdemu opłacić. Dobra, czas wejść we właściwą rolę.
-Jak mogę porównywać wasze cipeczki skoro twojej nie mogę dojrzeć pod sukienką. A u mnie cienko z wyobraźnią.
-Mężczyźni. Pewnie przy okazji chciałbyś ją jeszcze podotykać, co?
-Skoro o tym wspomniałaś...
-Wal się. Ale możesz ją sobie pooglądać przez majteczki. I nie martw się. Nikt nas nie nakryje. Zamknęłam drzwi na zasuwkę – to mówiąc położyła się obok mnie na łóżku, plecami do góry.
Nie zwlekając ani chwili złapałem za brzeg dżinsowej sukienki i podciągnąłem do góry. Niestety, sukienka na tyle ciasno opinała uda Marty, iż ukazał mi się jedynie skrawek koronkowych majteczek. Dalszy ruch był niemożliwy, dlatego wsunąłem wolną rękę pod brzuch dziewczyny, uniosłem ją lekko, dzięki czemu jej zgrabny tyłeczek ładnie się wyeksponował. Problem, by podciągnąć wyżej sukienkę, znikł. Podczas tej operacji Marta zachowywała stoicki spokój, nie dając po sobie poznać rosnącego podniecenia.
Białe majteczki opinały ciasno pośladki, które były na tyle jędrne, iż bieliźnie pozostało jedynie ładnie się na nich prezentować. Całkiem nieźle im to wychodziło. Prawie jak szydło z worka. I też kuły, ale w oczy. Niestety, głównym mankamentem takich majteczek jest fakt, iż to co ukazują jest podniecające, ale to co skrywają jest najważniejsze. To prawie jak z komunikatami wojskowymi. Z tym, że te pierwsze mogą prowadzić co najwyżej do wojny płci. Postanowiłem zaryzykować I Wojnę Heteroseksualną.
-Marta, wszystko ładnie, ale serwujesz mi tylko lekcję schematyczną. A mi chodzi o obraz in vivo.
-A widziałeś kiedyś cipsko cielącej się krowy?
-No... nie – zawahałem się - Jestem z miasta.
-To nic nie szkodzi, bo moja wygląda całkiem inaczej.
-Nadal pozostawiasz mi ogólne wyobrażenie na te sprawy – i dodałem – Zróbmy tak: ty mi dasz luknąć na swoją broszkę w naturze, a później ja ci pokażę swojego małego. Pasi?
O dziwo długo się nie wahała. Widać była bardzo stabilna.
-Dobra. Zgadzam się. Jak chcesz to odsuń sobie ten paseczek majtek na bok.
Szybko prześlizgnąłem palcem wskazującym po delikatnej skórze Marty, podważyłem pasek jej bielizny i pociągnąłem w bok. Oczom moim ukazał się inny świat, na szczęście nie Herlinga-Grudzińskiego. Opalone pośladki przechodziły w wybrzuszenie warg większych pokrywających dwie mniejsze, a te znów niknęły w różowej bezkresności jej sromu. U dołu widoczne były pierwsze włoski, których większa ilość gubiła się między pościelą a wzgórkiem łonowym. Z drugiej zaś strony rysowało się jej kakaowe oczko.
-I jak? Podoba się? – zapytała.
-To cudowne – głos mi drżał – Aż prosi się, by dotknąć.
-Łapy precz. Pozwól, że ja sama zajmę się twoją lekcją poglądową – to mówiąc odepchnęła lekko moją rękę, a swoją położyła od dołu na cipce. Dwoma palcami zręcznie rozchyliła swoją kobiecość, tak bym mógł dojrzeć wąski przedsionek pochwy. Skoro jej dłoń znalazł się w tych rejonach nie powstrzymała się przed czułym muśnięciem swej łechtaczki, która od tego jednego dotyku zaczęła ciemnieć i powiększać się. Marta wydała stłumione westchnienie po czym się wycofała.
-Więc tak wygląda to co nas, facetów, podnieca.
-Uhm. A teraz pokaż mi to co nam, kobietom, często uderza do głowy; a przynajmniej do ust.
-Skoro tak bardzo ci na tym zależy to sama uwolnij Willy’ego. Tylko go nie dotykaj, Jest pod ochroną.
Marta parsknęła prześmiewczo i kazała mi wstać. Sama usiadła na łóżku z podwiniętą wysoko sukienką.
Jej sprawne ręce powędrowały wzdłuż moich ud, ku górze, tu zahaczyły o brzeg moich krótkich spodenek i szybkim ruchem ściągnęły je do kolan, pokonując opór mojego sterczącego penisa. Równie prędko pozbyłem się bokserek. Mój mały wystrzelił niczym z katapulty. W tym stanie i on mógłby rozbijać statki na pół. Na ustach jego oswobodzicielki wykwitł promienny uśmiech, w oczach pojawił się błysk zaciekawienia. Wzrok swój skupiła głównie na jego końcówce.
Czytając w jej myślach złapałem penisa w dłoń i zsunąłem napletek z żołądzia. Ten srożył się purpurą pragnąc czułego dotyku. Jak na zawołanie, ręka Marty wystrzeliła do przodu, ale byłem szybszy. Wykonałem krok do tyłu, po czym naciągnąłem bokserki.
-Hej. Dlaczego to zrobiłeś? – zgromiła mnie natychmiast.
-A tyś mi się pozwoliła dotknąć? – odpowiedziałem pytaniem. Chciałem się z nią trochę podroczyć.
-Jesteś okrutny. Myślę, że wystarczyłoby wtedy tylko poprosić. Ale to nic. Na razie sprawdzimy co z moim biustem.
Wyraźnie spuszczając z tonu poprosiła bym usiadł, a sama usadowiła się na moich kolanach, piersią w moim kierunku. Poczęstowała mnie gorącym pocałunkiem, a język jej wykonywał pracę doświadczonego speleologa. Objąłem ją rękoma i począłem błądzić nimi po plecach Marty.
-Tam ich nie znajdziesz – usłyszałem – Nie jestem garbata, byś szukał tam bonusowej wypukłości. Przesuń ręce do przodu, pod bluzkę.
Tak też zrobiłem. Palcami natrafiłem na fiszbiny stanika i już wsuwałem pod nie dłonie. Dotknąłem nieśmiało sutka wodząc koliście wokół szczytowej brodawki. Przez ciało dziewczyny przebiegł dreszcz. Mimowolnie zamknęła oczy poddając się rozkoszy. Pocałowałem ją.
-Zdejmij mi bluzkę i stanik. Proszę – błagała po chwili.
Dwa razy nie trzeba mi powtarzać (chyba, że chodzi o wyniesienie śmieci). Z bluzką poszło mi łatwo, problemy pojawiły się podczas odpinania stanika. Chyba dla każdego niewtajemniczonego stanowi to główną bolączkę tego świata. Jak to jest, że nawet mechanik, który za młodu zaczytywał się w książkach ginekologicznych, potrafi rozłożyć silnik przez rurę wydechową, a nie radzi sobie z prostym zapięciem stanika? To jest chyba uwarunkowane genetycznie.
Po rozwiązaniu tej trudnej krzyżówki Mendlowskiej mogłem się nacieszyć widokiem dwóch prześlicznych cycuszków, z których każdy robił na mnie większe wrażenie. Nie mógłbym być kobietą z takimi balonami, pomyślałem, ponieważ zabawiłbym się nimi na śmierć. Pokaźne, różowiutkie sutki sterczały na ich środku. Zdawało się, iż zachęcały mnie bym je pocałował.
-Mogę? – prowizorycznie zapytałem.
-Skoro nalegasz.
I już przyssałem się do jednego niczym jeż do opony samochodu. Miętosiłem go wytrwale, stale podgryzając. Nie oszczędziłem również pieszczot jego sąsiadowi. Czułem jak oba sutki kolejno twardnieją mi w ustach. Jęki jakie wydawała Marta próbowały dorównać mojemu wcale nie słomianemu zapałowi w wykonywanej przeze mnie robocie.
Jej ręka zawędrowała w okolice łona, wniknęła pod majteczki, gdzie została przykładnie ugoszczona przez Panią Domu. Palce zmysłowo przesunęły się po wszelkich wybrzuszeniach, szczególnie akcentując rejon łechtaczki. Nie byłem w stanie tego dojrzeć, jednak bliski kontakt pomiędzy jej muszelką a moim penisem służył mi za zmysł wzroku. Co chwila zewnętrzna część dłoni Marty ocierała się o mój Excalibur doprowadzając go do czerwoności. W pewnym momencie złapała go za rękojeść przez moje bokserki i przyłożyła jego ostrze do materiału swoich majtek zawzięcie na niego napierając. Zacząłem kipieć. Czas zmienić taktykę, pomyślałem.
-Zrzućmy z siebie ubranie. Będzie nam wygodniej, nie sądzisz? – i nie czekając na odpowiedź ściągnąłem buty, koszulkę oraz bokserki. Ukazałem się w całej okazałości, a ta okazałość, wierzcie mi, mogłaby się stać głównym eksponatem niejednego muzeum.
Długo nie musiałem czekać na Martę. Raz, dwa i była jak ją Pan Bóg stworzył. Bóg musi być facetem skoro udało mu się takie cudo. A nawet jeśli jest kobietą to mam nadzieję, iż stworzyła ją na swoje własne, dokładne podobieństwo. Gdyby to okazało się prawdą wtedy mogłbym się nawrócić.
-Skoro ty posmakowałeś moich cycuszków to teraz ja posmakuję twoich... jabłuszków.
-Co?
-Zrobić ci loda?
-Skoro nalegasz – odwdzięczyłem się jej tym samym.
Marta usiadła na piętach, a ja zbliżyłem się ku niej. Wyciągnęła rękę i już go miała w garści. Wykonała jeden posuwisty ruch ściągając napletek z żołądzia, który „uśmiechnął się” do niej pionową szczeliną. Nachyliła się i objęła go dziewczęcymi wargami. Dla odmiany ja zadrżałem. Poczułem jak wykonuje kolisty ruch językiem, tak jakby chciała nawilżyć go z każdej strony. Mocniejszym naciskiem akcentowała najczulszą strefę na jego szczycie. Następnie jej uwaga skupiła się na trzonie mojego penisa. Zagrała na nim jak na szczególnej budowie flecie. Nie poskąpiła pieszczoty nawet moim klejnotom, które przywitała soczystym całusem. Moja buława na powrót znikła w ustach Marty. Pomagając sobie ręką zaczęła go polerować. Jej ruchy stawały się coraz szybsze, wydawało się, że co chwilę znika on w całości w przepastnej gardzieli. Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Zamknąłem oczy pragnąc by ta chwila trwała wiecznie. Otworzyłem usta do niemego krzyku i... nic.
-Co się stało? Dlaczego przerwałaś? Już dochodziłem.
-Aha. Myślałam, że coś jest nie tak, taki miałeś dziwny wyraz twarzy – usprawiedliwiała
się – A poza tym teraz twoja kolej dostarczyć mi trochę przyjemności.
-Gdybyś popracowała jeszcze chwilę to byś się pławiła w mojej przyjemności – biłem sarkazmem niczym źródło artezyjskie wodą – Ale niech ci będzie. Już się tobą zajmuję.
Popchnąłem ją lekko dając do zrozumienia, że ma się położyć. Przesunęła się na szczyt łóżka, a ja sam usadowiłem się przed jej zgiętymi w kolanach nogami. Sięgnąłem ręką delikatnie zagłębiając ją w przestrzeń między udami Marty. Odwróciłem dłoń do pozycji poziomej powodując lekkie rozchylenie jej nóg. Pomagając sobie drugą ręką otworzyłem ją jak małża. Już więcej się nie opierała, poddając się moim poczynaniom.
Zgrabnie rysujący się trójkącik na wzgórku łonowym wskazywał wierzchołkiem cel mojej podróży. Mimo, iż mężczyźni kierują się w miłości skrótami, postanowiłem tym razem osiągnąć cel objazdem. Podpierając się już wolnymi rękoma zrównałem się z Martą twarzą. Pocałowałem ją namiętnie nie szczędząc pracy językiem. Starałem się jednocześnie nie dotykać jej innymi częściami własnego ciała. Wysuniętym żeglarzem moich ust obrysowałem owal jej warg, po czym prześlizgnąłem się na jej smukłą szyję wgryzając się w nią niczym w soczysty owoc. Pozostawiając za sobą niewielką malinkę dotarłem na szczyt jednego z dwóch bliźniaczych pagórków. Zatoczyłem mokre koło na tarasie widokowym i niespodziewanie przeskoczyłem na sąsiednie wzgórze zaznaczając również ten punkt na mapie terenów odkrytych. Niechętnie opuszczając to miejsce postanowiłem udać się do schroniska zapomnienia. Błądząc po płaskiej równinie brzucha osiągnąłem upragnioną oazę spokoju.
Marta wydała jęk rozkoszy kiedy, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, przebyłem językiem drogę od łechtaczki poprzez brzegi warg i podstawę waginy, kończąc ponownie na godzinie dwunastej. Musnąłem jeszcze kilka razy jej groszek podczas, gdy Marta wpiła się palcami w moje włosy szarpiąc je zawzięcie. Gdyby nie to, że napierałem ramionami na jej uda pewnie by już dawno wykonała wspaniały mostek. Wiedziałem, iż nie ma w jej ciele mięśnia, który by teraz nie był napięty. Przesunąłem swój punkt zainteresowania troszkę poniżej. Wjechałem językiem w jej dziurkę szukając wyjścia z drugiej strony. Czułem niebiańską słodycz, spijałem ją łapczywie. Regularnie zahaczałem o łechtaczkę i z powrotem zagnieżdżałem się w ciepłej jamie. Starałem się obejmować językiem jak największą powierzchnię jednocześnie. Zamiatałem niczym rasowy pan woźny miotłą korytarz szkolny.
-Dzię-ku-ję-że-tu-je-steś – wysapała z przejęciem.
-Ała yemność o ojej onie – siliłem się na odpowiedź mając pełne ust. A podobno nie rozmawia się przy obiedzie. Dobrze tylko, że to co trzymałem między zębami nie rozpuszcza się w ustach jak łechtaczka trędowatej.
-Wsadź mi paluszek do środka, proszę...
Nie przerywając głaskać jej najbardziej czułego punktu wkręciłem palec do wnętrza pieczary. Było tam cholernie ciasno. Poczułem przyjemne ciepło i potężny dreszcz, który wygenerowało ciało Marty. Dotykiem szybko sprawdziłem budowę jej norki po czym się wycofałem. Mój palec błyszczał pokryty wydzieliną gruczołów. Polizałem go poznając smak boskiej ambrozji. Nic dziwnego, że na Olimpie była tak bardzo ceniona. Najwyraźniej Prometeusz wykradł stamtąd nie tylko ogień. Pytanie, gdzie on tam jeszcze grzebał i dlaczego w tak niedługim czasie pojawiło się na świecie tylu półbogów?
Wprowadziłem palec na powrót, dodając mu drugiego za kompana. Zacząłem wykonywać regularne ruchy na przód i w tył. Początkowo ze stałą szybkością, jakbym docierał mechanizm Po chwili przyspieszyłem czując się pewniej. Ponownie nachyliłem się i zadziałałem językiem. Ta kombinacja była zabójczo skuteczna. Musiałem napierać całym ciężarem własnego ciała, by nie pozwolić wyrwać się Marcie z mojego uścisku. Jej początkowe jęki przeszły prawie, że w krzyk. Rękami objęła ramę łóżka. Zesztywniała. I zaczęło się... Skurcze, które opanowały jej cipkę okazały się być bardzo niegościnne. Siłą usunęły moje palce z miejsca ich ostatniej bytności plując za nimi zawzięcie sokami. Następnie poczęły robić wielkie spustoszenie w organizmie nosicielki. Szarpiąc i skręcając doprowadzały dziewczynę prawie do omdlenia z rozkoszy, tak jakby nie zdawały sobie sprawy z własnych możliwości. Raz za razem uderzały falą przyjemności, wykręcając ciało Marty w ekwilibrystyczny sposób. Widać, zadomowiły się na dobre nie mając zamiaru dawać chwili wytchnienia materiałowi, który urabiały. Jedynie, z precyzją tempa wybijanego na bębnie przez galernika, słabły i znów przyspieszały, jakby łapały kolejny oddech. Tak, proszę państwa. Ta fala tsunami była orgazmem wielokrotnym. Ten niszczycielski żywioł zawitał wreszcie nad Bałtyk.
-Jeden zero dla ciebie – powiedziałem obserwując lśniące potem ciało Marty. Patrzyła na mnie zamglonym wzrokiem jednocześnie błogo się uśmiechając. Wiedziałem, że chce jeszcze.
-To było niesamowite – z przejęcia trudno jej było mówić – Musimy to powtórzyć i to natychmiast.
-Dobrze, ale pod warunkiem, że zajmiesz się też moim osprzętem.
-Sugerujesz pozycję 69?
-Jakaś ty domyślna.
I już leżałem plecami na łóżku, podczas gdy Marta sadowiła się na mnie. Oczom moim ukazał się widok już dobrze poznany. Zanim Marta zbliżyła usta do mojego mena ja już penetrowałem językiem jej wnętrze. Dodatkowo masowałem i przyciskałem jej pośladki do własnych policzków potęgując doznania.
To co mnie szczególnie interesowało działo się na drugim końcu mojego ciała. Obejmując dwurącz podstawę penisa nawilżyła Marta jego czubek własną śliną. Wykonała kilka wolnych ruchów dokładnie go smarując. Następnie zaatakowała. Obciągała jak pełna profesjonalistka, każdy jej ruch był z góry przemyślany. Jej usta, wargi, zęby, język i dłonie tworzyły w tej chwili spójną całość. W tej zabawie nie było miejsca na błędy. Perfekcja była w tej jednej chwili synonimem pełnego wyuzdania. Skutkiem był mój orgazm. O jego bliskim nadejściu poinformowało Martę moje napięte do granic możliwości ciało. Najwyraźniej nie miała najmniejszego zamiaru zdawać broni ponieważ zaczęła pałować jeszcze intensywniej. W kluczowym momencie zacisnęła mocno usta na żołądzi przyjmując cały ładunek spermy w swoje gardło. Przełknęła nasz sukces, gdyż o porażce nie mogło tu być mowy. Wyssała łapczywie ostatnie krople i cicho westchnęła.
-No to mamy remis – oznajmiła – A jak ci tam idzie akcja ofensywna? Będzie jakiś gol?
-Mam taką nadzieję. Ale póki co wymęczyłaś wszystkich moich podstawowych graczy. Ledwo zipią i domagają się jakiś zmian w ustawieniu.
-Ha. Proponuję wprowadzić na murawę zawodnika rezerwowego – to mówiąc sięgnęła ręką pod łóżko. Po chwili szukania wyciągnęła spod niego pudełko po butach. Ściągnęła przykrywkę i wysypała zawartość na prześcieradło. Pod moje nogi przyturlał się srebrny wibratorek. Był bardzo prosty w budowie – jednakowej grubości, 20 centymetrowa tuba, uformowana w tępy stożek u szczytu. Bez żadnych udziwnień i dodatkowych zgrubień. U dołu zwisał krótki sznurek. Chyba tylko po to, by w razie zablokowania się wibratora w pochwie można było powiesić kobietę na choince w okresie świątecznym.
-Po co to temu staremu marynarzowi? – z głupia frant zapytałem.
-Jak to jemu? To jest moje, pierdoło. Chowam to pod łóżko, bo Stary Noe nigdy nie schyla się tak nisko. A patrząc na te cizie na suficie lubię sobie czasami strzelić samobója, jeśli wiesz o co mi chodzi.
-Pewnie, że wiem. Kilka przyrodniczych filmów się w życiu widziało.
-A zrobisz mi tak, jak na filmach? Proszę, proszę... – zaskomlała.
-Jasne, cała przyjemność po mojej stronie – sięgnąłem po zabawkę – Kładź się znowu na plecach i nogi do góry.
Zrobiła jak chciałem. Ruchem rąk wskazałem, by rozszerzyła uniesione kończyny, przez co wejście do cipki stanęło przede mną otworem. Marta zadarła głowę, śledząc pilnie moje poczynania. Przysunąłem cyborga pod jej usta tak, by miała okazję go zwilżyć. Wycofałem rękę kierując wibrator w okolice jej sromu. Prześlizgnąłem się nim parę razy w tej okolicy wywołując dodatkowy napływ krwi do łechtaczki. Wijące się ciało Marty wskazało mi moment ataku. Pojedynczym ruchem zaaplikowałem ciało obce, aż po jego kraniec. Sprawiłem tym Marcie trochę bólu, bowiem jęk rozkoszy zmieszał się tu z trwożliwym westchnieniem. Pozostawiając wibrator na miejscu musnąłem językiem jej groszek rekompensując jego właścicielce niemiłe odczucia. Zdaje się, że szybko wybaczyła mi wcześniejszy brutalny postępek.
Ująłem końcówkę sztucznego penisa i powoli go wyjąłem, po czym znów wsadziłem. Nie ograniczając się do tych kilku ruchów powtórzyłem całą ich serię. Starałem się przy tym zahaczać jak najczęściej o łechtaczkę. Czasami do batalii włączałem palec, który dzielnie dotrzymywał towarzystwa wibratorowi. Marta zajęła się własnymi piersiami. Zabawnie wyglądało, kiedy próbowała lizać własne sutki. Tak jakby jej było jeszcze mało. Prawdą jest, że stanowiło to tylko dopełnienie moich poczynań.
Spodziewając się rychłego efektu mojej pracy wepchnąłem do końca wibrator. Orgazm, który niósł ze sobą nieobliczalną siłę, starał się usunąć intruza ze swego terytorium. Przeciwdziałałem temu przykładając otwartą dłoń do muszelki Marty. Chciałem w ten sposób spotęgować jej odczucia. Widać udało mi się, gdyż zaczęła wić się jak piskorz. Jej mięśnie raz po raz zaciskały się na ściankach wibratora, musiałem użyć sporej siły, aby utrzymać go w dotychczasowym miejscu. Każdy kolejny skurcz pochwy był silniejszy od poprzedniego. Z jej wnętrza lały się hektolitry soków. Nie musiałem się nawet specjalnie wysilać, by zlizywać je ze swoich palców, bowiem ciśnienie, jakim było poddawane, powodowało ich wystrzał na znaczną odległość – wprost do moich ust. Nim opiłem się jej szczęściem wszystko ucichło. Wiedziałem, że to tylko cisza przed burzą.
-I jak ci smakuje? – odezwała się pierwsza.
-Wyśmienite. Aż chciałoby się jeszcze.
-Tak? No to zaraz trochę wyprodukuję, a ty mi to zliżesz. Ale póki co wsadź mi wibratorek do pupci. Chcę go tam poczuć...
Kuć żelazo póki gorące – to moja dewiza. Wyciągnąłem wibrator z Marty i kazałem jej zmienić pozycję. Uklęknęła twarzą do mnie i nachyliła się łapiąc w usta mojego małego. W końcu mi też należało się coś z tej imprezy. Z góry widziałem tylko rytmicznie poruszającą się blond czuprynę, która kaskadą opadała na łóżko. Dalej był łuk smukłej szyi przechodzący w zakręt ramion, później długa aleja tułowia kończąca się wyniosłością pośladków. W oddali majaczyły mi jeszcze zgrabne łydki i nieruchome pięty stóp.
Sięgnąłem ręką. Serdecznym palcem wśliznąłem się między jej półdupki natrafiając w końcu na malutki otwór. Zjechałem trochę niżej wnikając palcem do cipki, przez co dokładnie go nawilżyłem. Wróciłem wyżej i nacisnąłem. Czubek palca wniknął przez jej odbyt. Posunąłem go dalej, a z ust Marty wydobył się jęk, zduszony przez mojego penisa. Wsadziłem palec na tyle na ile pozwalał mi zakres ruchu. Począłem nim rytmicznie poruszać do tyłu i w przód.
Upewniwszy się, że jej dziurka jest przygotowana, przyłożyłem wibrator w miejsce palca. Dokonałem szybkiej zmiany i już stalowy potwór gnieździł się w jej wnętrzu. Wykonałem nim kilka posuwistych ruchów, czemu towarzyszyło coraz mocniejsze zaciskanie się ust Marty na mojej chlubie. Swoją dłoń podsunęła pod siebie tak, by móc palcami stymulować łechtaczkę. Druga ręka zajęta była pieszczeniem moich jąder. A ja dalej mieszałem w kubeczku doprowadzając Martę do stanu bliskiego omdlenia.
Miły i efektywny był taki podział pracy, więc na wypłatę nie musieliśmy długo czekać. Uruchomiłem rezerwy walutowe i dokonałem przelewu na wskazane konto. Kolejna porcja spermy znalazła się w ustach mojej lubej. Widać nie spodziewała się tak szczodrego wytrysku, gdyż krztusiła się nie nadążając z jego przełykaniem. Tak czy inaczej trzymała się dzielnie.
Po usunięciu z dziurki wibratora, Marta kucnęła sadowiąc się na własnych piętach. Przyciągnęła mnie do siebie i obdarzyła głębokim pocałunkiem. Pierwszy raz miałem okazję posmakować własnej spermy. W duchu sobie przyrzekłem, że jeszcze dziś Marta skosztuje samej siebie.
-Chodźmy na całość – podsunęła propozycję.
-A co to według ciebie było? Przed chwilą spuściłem swoje lewe jajo.
-Ok, ale nie miałam jeszcze twojego małego u siebie w środku. A bardzo bym chciała.
-A masz prezerwatywę, bo ja nie. Jedyną gumę jaką mam to opaska uciskowa, gdyby te matoły z góry sobie coś poodcinały.
-No, nie mam. Ale jestem na tabletkach.
Oo. Taka młoda, a już myśli perspektywicznie, przyszło mi na myśl.
-A skąd je masz? –dociekałem.
-Ukradłam Staremu Noemu. Używa ich jako pastylek do ssania.
-? – nie mogłem uwierzyć. Mój zidiociały wyraz twarzy zmusił Martę do wyjaśnień:
-Żartuję. Ginekolog mi przepisał – po czym szybko zapytała - To jak będzie? – i nie czekając na odpowiedź złapała mojego dwukrotnie wykorzystanego już penisa. Był kapkę osłabiony, dlatego przysunęła swoją piczkę i poczęła zawzięcie się o niego ocierać. Świeży dopływ krwi postawił go na baczność. Wyczuwając moją pełną gotowość, Marta popchnęła mnie tak, iż wyłożyłem się prosto na łóżku. Sama klęknęła nade mną. Ujęła w dłoń podstawę mojego małego, spojrzała czy dobrze namierzyła i usiadła. Poczułem miłe ciepło. Pochwa, rozpracowana przez wibrator, nie stawiała większych oporów. Połknęła w całości główne danie, nie mogąc doczekać się deseru. Pośladkami dotknęła moich ud, zgrabnie odbiła się tak, iż mogłem dojrzeć lśniący pal, na który Marta została nabita. Oboje byliśmy z tego faktu bardzo zadowoleni. Pomyśleć, że Tatarzy mieli jakieś obiekcje, kiedy ich sadzano na zaostrzonych kijach. Cóż, co kraj to obyczaj.
Zaczęła mnie ujeżdżać ruszając ze stępa. Głowę odchyliła do tyłu, przez co włosy rozpłynęły się falą po siodle jej grzbietu. Oczy miała zamknięte, usta lekko uchylone. Dłońmi zapierała się o moją klatkę piersiową, ramionami przyciskała piersi do siebie eksponując ich krągłość. Pracując tyłeczkiem starała się utrzymywać stałą prędkość. Widać postanowiła kuć, aż zacznę kipieć. Uszom moim prezentowany był jednostajny odgłos ocierania się pośladków Marty o moje nogi, potęgowany potem zlepiającym nasze ciała. Co chwilę wspomagałem dziewczynę uderzając biodrami ku górze. W tych momentach pozwalała mi przejmować inicjatywę, a sama zbierała siły na potem. Było nadzwyczaj przyjemnie.
Marta zamarła w bezruchu patrząc mi w oczy. Wzięła dwa głębsze wdechy i, nie wyciągając penisa z pochwy, kucnęła na płaskich stopach. Dla tych nie obeznanych, wygląda to, jakby dziewczyna sikała w krzakach. Złapała się dłońmi moich ramion i poczęła na przemian prostować i zginać nogi w kolanach. Pozwoliło jej to wykonywać dużo szybsze ruchy, a frajda była z takiej zabawy przednia, bowiem mój mały naciskał z większą mocą na ścianki jej piczki. Kciukiem mogłem jednocześnie ugniatać jej łechtaczkę, doprowadzając Martę do szaleństwa. Niestety, zmęczenie dało o sobie znać i Marta opadła ciężko na mój tors, dysząc zawzięcie. Uśmiechała się szeroko, zadowolona z dobrze wykonywanej pracy.
Nie mogąc pozwolić jej dalej tak harować postanowiłem mocniej się zaangażować i wykazać chwalebnym czynem. Stanowczo, aczkolwiek z wyczuciem obróciłem prawie bezwiedne ciało Marty, po czym kazałem jej przyjąć pozycję „na pieska”. Sam stanąłem raźno obok łóżka, w lekkim rozkroku, dzięki czemu miałem jej cipkę na odpowiedniej wysokości. W momencie, kiedy Marta odwracała głowę, by przyjrzeć się moim przygotowaniom, zaatakowałem. Penis gładko wniknął do pochwy. Jednak ów uderzenie było na tyle silne i niespodziewane, iż ugięły się pod dziewczyną ręce, przez co runęliśmy oboje do przodu. Pośród zdławionego śmiechu wróciłem do poprzedniej pozycji, stale przyciągając biodra Marty do mych lędźwi. Podczas całej tej operacji mój mały tkwił w jej wnętrzu, gotów do dalszej akcji. Udzieliłem reprymendy winowajczyni i poparłem słowa karą cielesną uderzając otwartą dłonią w jej pośladek. Pisnęła zdumiona. Mając nadzieję, że to nauczy ją skupienia, ponowiłem swą chamską batalię. Naparłem z całej siły do przodu wypróbowując wytrzymałość materiału. Tym razem Marta się tylko lekko zachwiała. Było dobrze, mogłem jechać dalej. Postanowiłem wykorzystać metodę „9+1”. Na dziewięć płytkich pchnięć, obejmujących jedynie mojego żołędzia, był jeden głęboki zamach, aż po same jądra. Później osiem płytkich i dwa głębokie, itd., aż po dziesięć sięgających dna. W połowie zabawy zdecydowałem pogłębić nasze doznania. Chwyciłem, leżący nieopodal, wibrator i przyłożyłem go do małego oczka Marty. Wstrzymałem chwilowo ruchy posuwiste moich pośladków i wprowadziłem terminatora przez wrota czasu. Ten ruch skwitowała Marta mocniejszym wygięciem swych pleców. W powstałej kołysce można by dzieci tulić do snu. Odgoniłem od siebie te straszne, ojcowskie myśli i wznowiłem krucjatę. Od razu wyczułem ciasnotę w piczce, toć od góry napierał na mojego Wacusia Elektronicny Mordulec (made in Czech Republic, jak pisało na opakowaniu). Nie mogąc pozwolić sobie na przegraną w tej wojnie światów zaatakowałem ze zdwojoną siłą, stawiając zaciekły opór potężnej sile Jebodupca Staligrzmota wspomaganego mocą Dzierżyręki Posuwistego. Mój trud się opłacił.
Usłyszałem słowo „już”, głośny krzyk i kolejny orgazm wstrząsnął Martą. Mój mały znajdował się w samym epicentrum trzęsienia i ani mu w głowie było uciekać. Fale sejsmiczne o mocy co najmniej 80 w otwartej skali Riechtera potężnie napierały, systematycznie go ugniatając. Nie musiałem nawet poruszać tyłkiem by sprawić sobie przyjemność. Moja bierność i tak odnosiła pożądany skutek. Po trzonie penisa pociekła cienka strużka soku cipicznego, pośród meandrów skóry moszny odnajdywała drogę ku jej podstawie, między jądrami, i skapywała na prześcieradło. Sięgnąłem dłonią, zmoczyłem palce i podsunąłem je ku ustom dziewczyny. Widząc ten ruch Marta objęła je językiem. Pozwoliłem wylizać je dokumentnie. A więc wyrównałem rachunki – każde z nas zakosztowało siebie.
Trwający bez końca orgazm zaczął i mnie doprowadzać do spełnienia. Podjąłem więc szybką decyzję. Usunąłem wibrator z tyłka, przyłożyłem w jego miejsce penisa, lekko nacisnąłem, gładko wszedł do środka... i wybuchnąłem zalewając wnętrze Marty. Wykonałem jeszcze kilka ruchów i ległem bez życia. Miałem dosyć. Marta też, sądząc z wyrazu jej twarzy.
Leżeliśmy przez parę minut na plecach pozwalając unormować się naszym oddechom. Przez te kilka chwil trzymaliśmy się mocno za rękę, przytuleni do siebie, jakby miało to być właściwym zwieńczeniem naszego wysiłku. Symbol rodzącego się uczucia, czy za ciasne łóżko? Nie roztrząsałem dogłębniej tego problemu.
Odezwałem się pierwszy:
-Ta blondyna z wielkimi balonami też mi się podoba – wskazałem na jeden z wycinków na suficie.
-Pieprz się.
-Nie mam już siły, a właściwie mocy, bo siłę się tylko przykłada. Jak kiedyś przyłożyłem ją do naprawy mojej komórki to później mogłem pisać smsy tylko przy użyciu literek „t,u,v”...
-Zamknij się – powiedziała z uśmiechem na twarzy.
-Dobra - i dodałem – Dasz mi coś na pamiątkę spędzonego czasu?
-Trzeba było se nazbierać do woreczka mojego regionalnego produktu pochwowego.
-Przykro mi. Próbowałem do pojemników próżniowych, ale okazały się za małe.
-To masz to – po czym sięgnęła na podłogę po stringi. Zanim mi wręczyła prezent przejechała nimi po piździe pozostawiając na nich swój zapach. – Możesz się nad nimi masturbować. A teraz chcę coś od ciebie.
-Już ci dałem. Tylko nie biegaj za szybko, bo inaczej będzie ci chlupotać.
-Pacan. Dawaj, sama sobie wybiorę – przechyliła się przeze mnie i porwała moje bokserki – To powinno wystarczyć. Pochwalę się koleżankom śląskimi bokserkami.
-A ja gorolskimi sznurkami do przerzynania gówna na pół.
-Nazywaj je jak chcesz. Ważne, że będziesz o mnie pamiętał ilekroć na nie spojrzysz.
-Specjalnie dla ciebie przybiję je do ściany – tak na wszelki wypadek, jakby mama miała je pomylić z dziurawą skarpetką do wyrzucenia.
-Jesteś niemożliwy, wiesz?
-Mylisz się. Po prostu skromny i najlepszy.
Któż by przypuszczał, że wyprawa na ryby może być tak owocna. W końcu złapałem na haczyk swoją pierwszą szprotkę. Niejeden młodociany rybak pozazdrościłby takiego okazu. Widać użyłem odpowiedniej przynęty. Chyba, że była to latająca ryba, która przypadkiem wskoczyła mi do łódki. Czemu nie skorzystać skoro sama się prosiła? Okazje trzeba łapać, szkoda marnować sobie życia. Pamiętać tylko trzeba, że niektóre okazje są pod ochroną – to te z gatunku Dziewczyn Bramkarzy. Jedyne co tam możesz złapać to szybko przelatujące odciski sygnetów na czoło.
Podróż po Bałtyku skończyła się tak szybko jak się zaczęła. Nie mając już więcej bandaży i wody utlenionej zmuszeni byliśmy wrócić. Wprawdzie pokusa, by dać się wykrwawić Jednopalcemu Witkowi była przeogromna, ale jak później wytłumaczyć policji fakt, iż poszkodowany zaklinał się, że z raną po harpunie da radę dotrwać do końca imprezy? A ojciec ostrzegał go, by trzymał harpun w drugiej ręce.
Wszystko dobre co się dobrze kończy. Żałosne zakończenie? Tak ma być.

Niniejsze opowiadanie jest fikcją, wytworem mojej wyobraźni, na co dzień raczej pruderyjnej.




Dodał: Maciomaster, 2007.04.25
czytano: 223303 razy

Oceń to opowiadanie:
Redakcja erotyczne-opowiadania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

*nick:
e-mail:
*wynik:
wpisz wynik działania cztery dodać siedem
to zabezpieczenie przed robotami spamujacymi
*treść:
 
KOMENTARZE:
maciomaster 2013.11.22
Kiedyś myliłem \"prowizorycznie\" z \"profilaktycznie\" :-) W końcu ktoś to wypatrzył. I coś tam piszę, ale to taka prowizorka/profilaktyka (niepotrzebne skreślić).
Ithil 2013.11.06
Jak bohaterowi twojego opowiadania udało się zapytać \"prowizorycznie\"? Zbił najpierw swoje pytanie z nieoheblowanych deseczek? ;)
Masz fajny styl, nie przeszkadzały mi- jak widzę niektórym przeszkadzały- kwieciste metafory. Piszesz coś poza eroopowiadankami?
jedenastolatka 2013.11.06
Ale mam orgazm
magge 2013.09.16
Chcę mieć faceta, który będzie miał tak rozbudowaną wyobraźnię jak Ty. Napisałeś opowiadanie na poziomie. Dzięki Ci za to, było bardzo podniecające : )
Karlicz 2013.08.17
Tak jak ktoś wspomniał. Metafory zbyt kwieciste, to odwraca uwagę od głównej akcji. Jest tych dygresji zbyt dużo.
caineczka 2013.05.11
Super opowiadanie. Ostatnio tak mi sie spodobała tylko książka „Seksualne przygody współczesnych Polaków”. opowiadania tam są bezpruderyjne pozwalające na kompletną ekstazę dla wyobrażni serdecznie polecam jeżeli ktoś ma ochotę przeczytać zamieszczam link http://org-epost.com/2/pay.php
NocnyPastor 2013.01.06
Zapraszam na Najlepszą stronę z Opowiadaniami Erotycznymi
WWW.XSTORY.PL

Najlepsze Opowiadania w Sieci
www.xStory.pl
aniatt 2012.12.29
chętny na seks? aniatt@o2.pl
mimi 2012.07.17
Miło wreszcie przeczytać co miłego, może i masz na co dzień pruderyjną wyobraźnię ale seks z Tobą jest kuszący, w przeciwieństwie do zaburzonych emocjonalnie sadomasochistów, prymitywów lub w najlepszym wypadku prawiczków najczęściej piszących w takich miejscach.
Bylam cala mokra i napalona gosciu super. Czytalam to i mastruboealam
Tazo 2012.03.26
Całe fajne, styl może przegadany, ale dla mnie może być. Jedno tylko nie daje mi spokoju, to jak krótki, żółty top nawiązywał do koloru jej oczu...
Pozdrowienia. Pisz dalij Hanysku, mosz grajfka.
romans 2011.08.30
Nie wiem jak ocenić. Fabuła baaardzo ok, ale... czasami trochę zbyt kwiecisty styl pisania.
marek 2011.08.17
Mega:D Kilka dobrych tekstów itreściwośćteżspoko;)począ ;tekopołowębymskróciłbosięd 22;uży..
heh 2011.07.10
świetne :P
Opowiadanie zaje...te! Sensowne i treściwe, super porównania w niektórych momentach ; )
koni 2011.04.10
na serio masz talent człowieku;] świetne ;]
lola 2011.04.02
opowiadanie jest zaje*iste, dawno nie czytałam takiej dobrej historii... pozazdrościć wyobraźni
mike 2011.01.10
super opowiadanie naprawde powinienes pisac ksiazki czlowieku :)
kapso 2011.01.10
swietne
nigdy sie jeszcze tak nie usmialem przy tego typu opowiadaniu
naprawde genialne gratuulacje dla autora
wiadomo chyba jaka ocena :)
[c] Copyright 2005 Erotyczne-Opowiadania.pl // Wszelkie prawa zastrzeżone . Strona przeznaczona jest dla osób +18 Top